wtorek, 14 stycznia 2014

Lovely, eliksir silnie nawilżający płytkę i skórki paznokcia + dzisiejsze zakupy

Sesja zbliża się wielkimi krokami, roboty na jest zatrzęsienie, a czasu na wszystko poza sprawami uczelnianymi z każdym dniem coraz mniej. Tak to bywa raz na pół roku. Tak więc dzisiaj trochę na szybko, ale już dawno chciałam opisać ten kosmetyk.

Długo szukałam na polskim rynku preparatu nawilżającego skórki. Nie płynu do usuwania ich, nie kremu do rąk, tylko czegoś, co by ujarzmiło moje okołopaznokciowe potwory. Przez długi czas poszukiwania spełzały na niczym, aż wreszcie, na niepozornej półce, schowane pośród lakierów do paznokci Lovely, znalazłam to cudeńko.



Producent twierdzi, że kosmetyk ma konsystencję galaretki i pachnie truskawką. Może chodziło mu o galaretkę z jednej z pierwszych faz zastygania, nie wiem, ja bym raczej użyła określenia "gęsty płyn". Zapach od biedy przypomina trochę przesterowane chemicznie truskawki. I na tym koniec marudzenia, poza detalami eliksir Lovely ma same zalety.

Nakładałam go codziennie przez miesiąc, hojnie smarując potraktowane wcześniej peelingiem skórki, nie omijając także płytki paznokci. Wchłonięcie się zajmowało chwilę, ale kosmetyk nie leje się z palców, ani nie brudzi, więc można w tym czasie spokojnie czytać książkę, albo używać komputera. No i nie jest to Regenerum, na którego wchłonięcie można czekać i czekać, a człowiek i tak kończy pracowicie wcierając sobie mazidło w dłonie.

Efekty? Dokładnie takie, jakich możnaby oczekiwać. Skórki są miękkie i nawilżone, a płytka paznokcia wygładzona. Nie wiedziałam, że nie tylko skóra, ale i sam paznokieć wymaga nawilżenia, a stosowanie tego kosmetyku dobitnie mi pokazało różnicę pomiędzy paznokciem "napitym" i tym przesuszonym. Jestem zachwycona tym eliksirem i na pewno kupię go jeszcze nie raz.

Buteleczka o pojemności 11ml kosztuje ok. 5zł i starcza na jakieś 1.5 miesiąca codziennego stosowania. Z tego, co wiem, marka Lovely jest dostępna tylko w Rossmannie, poprawcie mnie, jeśli się mylę.

A na koniec, efekt moich dzisiejszych łowów. Część zaplanowana, część spontaniczna, ale żadnego nie żałuję.


Na pierwszy ogień poszła Drogeria Natura. Czaiłam się na taki turban już w wakacje, kiedy jechałam do Berlina. Niestety, nie było ich w Primarku, więc kiedy wczoraj przeczytałam na Wizażu, że można je znaleźć w Naturze, nie zastanawiałam się długo.


Z tej paczki planowane, bo wydenkowane były odżywka Alterry i żel do twarzy. Ta pierwsza, choć po Bożemu, do spłukiwania na długości, szału mi nie robi, to jako zabezpieczenie końcówek sprawdza się idealnie. Chciałam wprawdzie wypróbować inną wersję, ale nie było, więc brałam co mieli. A żel do twarzy miał być jakiś z Garniera, ale ten był tańszy i zawiera łagodniejsze detergenty, więc wygrał bezdyskusyjnie.

Peeling Kolastyny, maska do rąk Ziaji i lakier Miss Sporty wpadły po trochu z potrzeby, o której przypomniałam sobie już w sklepie, a po trochu z chęci zrobienia sobie przyjemności po absolutnie wygranej laborce pół godziny wcześniej. W lakierze zauroczył mnie kolor, w peelingu oliwa z oliwek na drugim miejscu w składzie, a w masce do rąk to, że nie jest w saszetce jak te, których dotąd używałam. Zobaczymy, jak się będą sprawować.

Znacie te kosmetyki, używacie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz